poniedziałek, 6 kwietnia 2015

KOCHANI !!!

Witam Was moje miśki! Stęskniłam się za wami i to nawet nie wiecie jak bardzo. Niestety przychodzę ze złą wiadomością. To koniec. Koniec wszystkiego! Bloga, mojego życia... Tak, tak, umieram. Powoli, ale umieram. Każdego z nas czeka na końcu to samo, tylko, że mój koniec dobiegł bardzo szybko. Mam raka układu limfatycznego, tzw. chłoniaka. Lekarze odkryli go końcem października. Od tego momentu chodzę na chemioterapię. Chłoniak rozwijał się u mnie parę lat, niestety żaden lekarz nie zauważył go w odpowiednim momencie. Odkryła go dopiero moja argentyńska lekarka, ale dopiero wtedy, gdy było na to za późno. Mam marne szanse,  że przeżyję. Chemioterapię biorę od ponad 5 miesięcy, a ona wciąż nie przynosi żadnych efektów. Miałam już nawet przeszczep szpiku, który się nie przyjął, a kolejną próbę lekarze będą podejmować 20 kwietnia. Ja i tak wiem, że mimo tak wielkiej walki mojej (która z dnia na dzień jest coraz słabsza) i lekarzy, nie dożyję końca tego roku. Może i jestem jeb*aną realistką, ale życie już dużo razy skopało mi dupę, zabrało to, co najważniejsze, kazało zaczynać wszystko on nowa. Właśnie dlatego nikt nie wmówi mi, że będzie dobrze, bo wolę w to nie wierzyć dopóki nie będę mieć pewności, niż ślepo w to brnąć, a później znów ryczeć, że to straciłam. Rak boli tak naprawdę wtedy, gdy uświadamiamy sobie, że walka już nic nie mieni. Mogę się łudzić, że wyzdrowieję, ale to tylko puste słowa bez krzty przekonania, wiary. Ktoś, kto powiedział, że czas goi wszelkie rany, jest kłamcą. Czas pozwala jedynie nauczyć się najpierw przetrwać, a potem żyć z tymi ranami. Ale każdego ranka, natychmiast po otwarciu oczu czuje się te rany i zawsze, do ostatniej chwili życia będzie się czuło tę nieobecność. Od niej nie można uciec, można starać się, ale nie można uciec. Wiem, że idę na łatwiznę, ale tak jest najlepiej. Bo łatwo jest się poddać, po prostu odpuścić i płynąć z prądem. Nie myśleć, nie czuć i tylko patrzeć jak raz po raz, po kolei, mijają dni, zamieniając się w przeszłość... Szkoda tylko, że ludzie w tych czasach nie doceniają tego co mają. Ciągle im mało, chcą więcej, zazdroszczą innym. Mówią, że nie mają szczęścia. Ale do życia trzeba się uśmiechać, wtedy ona uśmiechnie się do nas. A jeśli my ciągle jesteśmy smutni to i ono takie jest. Proszę Was, docencie to co macie i cieszcie się każdym dniem! Tak bardzo nie chcę zostawiać mojej rodziny, przyjaciół, Was...ale najwidoczniej Bóg wybrał dla mnie inny los niż sobie wymarzyłam. Codziennie się sama siebie pytam "Dlaczego ja? Co takiego zrobiłam?" No ok. Może za często przeklinam, bywam wredna, mam cięte riposty, ale tak naprawdę wrażliwość to najbardziej dostrzegalna przez bliskich mi ludzi ncecha mojego charakteru. Chociaż wydaje się, że jestem tak okropnie silna przez te turbulencje, które już przeszłam w życiu, nie potrafię radzić sobie z najprostszymi dla innych problemami. Dostrzegam zbyt wiele rzeczy, których nie powinnam. Nienawidzę rasizmu i egoizmu. Co noc płaczę, mimo że przez cały dzień "uśmiech" nie schodzi mi z twarzy. Najczęstszymi słowami jakie wypowiadam są "Tak, wszystko jest ok" albo "Nie przejmujcie się mną, to tylko mała choroba, która może przytrafić się każdemu". Tak naprawdę tak nie myślę. Kłamię, bo nie chcę litości, niepotrzebnych zmartwień. Nie chcę, żeby zapamiętali mnie jako jakąś ofiarę losu, tylko zawsze uśmiechniętą, optymistyczną Natkę. 
Co do bloga, to tak jak powiedziałam na początku - to koniec. Chociaż, gdybym jakimś cudem wyzdrowiała, to na pewno wrócę, a gdyby nie to cóż...sami sobie odpowiedzcie. Ale jest jeszcze możliwość, że moja starsza siostra lub najlepsza przyjaciółka mogłyby dokończyć tego bloga. 
To chyba tyle. Mam Was wszystkich w moim serduchu. Wy i wasze komentarze na zawsze pozostaną w mojej głowie, nigdy ich nie zapomnę.
No to prawdopodobnie ostatnią stronę tej dziwnej książki czas zamknąć i zastawić za sobą to co było, i żyć chwilą. 
Adiós mis amigos :"( Te quiero <3
Besos :*